GL Kotłowisko - Spotkanie
Żył w tej dzielnicy odkąd wyłowiono go trzy lata temu z przepływającego w betonowej niecce brudnego kanału. Został wrzucony tam na zatracenie, a może wpadł nieopatrznie kilometr wcześniej i dopłynął aż tutaj przebierając krótkimi łapami. Miał skundloną czarną sierść zawsze pachnącą wilgocią. Łagodne brązowe oczy, wyglądające niewinne, jakby na zawsze pozostał szczeniakiem, spoglądały ufnie na kolejnych spieszących się przechodniów. Czasem znalazł się ktoś, kto rzucił kawałek kanapki aby uwolnić się od śmierdzącego natręta.
Leżał teraz na betonowej tafli placu przed Urzędem Skarbowym, nie zdając sobie sprawy jak niefortunną wybrał lokalizację. Nikt nie wychodzi obojętny z takiego miejsca. W ubiegłym miesiącu policja aresztowała tam kobietę z domowej roboty pasem szahida, na który składał się szereg butelek po małpkach wypełnionych łatwopalną cieczą. Trudno było coś tu wyszarpnąć. Zapach przechodzących ludzi nie zapowiadał niczego przyjemnego. Odczołgał się nieco dalej, potrącony przez kolejnego sfrustrowanego petenta.
Najbardziej lubił łapać owady, przysiadające w pogoni za nie wiadomo czym na jego sierści. Początkowo wyczekiwał cierpliwie, starając się zmylić intruza buszującego w brudnym futrze, aby za chwilę znienacka kłapnąć pyskiem, pochłaniając nadmiernie ufnego komara czy muchę. Najeść się tym nie najadł ale zabawa była. Czasem na ławce przysiadał starszy bezdomny, z którym łączyło go braterstwo zapachu. Podczołgiwał się wtedy do jego nogi, powoli, prawie niezauważalnie i kładł pysk na starym rozwalającym się trampku, który zachował gdzieniegdzie prześwity błękitu. Czasem tamten schylał się bezwiednie, klepał go po karku i coś do niego mówił. Przymykał wtedy oczy ciesząc się z niespodziewanej przyjemności, ale zwykle szybko wypędzano ich z raju.
- Idź pan stąd, ludzi pan straszysz tym zapachem.- Człowiek w schludnej marynarce odgrażał się staremu. - Bo wezwę policję. I zabierz pan tego kundla.
- Nie mój. - Odpowiadał bezdomny i powoli człapał w kierunku starego dworca.
Kulił się wtedy pod ławką oszołomiony przyjazną wonią i wspomnieniem chwilowej przynależności.
Dziś plac przed urzędem zalany był słońcem. Zapach ludzkiej irytacji i opary zgniłej wody z pobliskiego kanału mieszały się tworząc gęstą nieprzyjazną woń, wzmocnioną dodatkowo przez spocone ciała przechodniów. Leżał na granicy światła i cienia, czujnie obserwując przemykających ludzi. Zwichrzony ogon delikatnie zamiatał chodnikowy pył. Był głodny. Ci idący wolniej stanowili jakąś nadzieję.
Wtedy to poczuł. Zapach pieczonego mięsa, rozluźnienia i znanej mu ciepłej przyjemności, co nierozerwalnie połączone było z powolnymi ruchami kobiety prowadzącej rower. Smukłe nogi w niebieskich trampkach (zaraz, czy to te same?), delikatny ruch dłonią, kiedy przywołała go do siebie i położyła na chodniku kawałek sera. Połknął podarunek jednym kłapnięciem i zachowując bezpieczny dystans ruszył za nią. Biegł za migoczącymi w słońcu kołami roweru, szprychy przepuszczały promienie słońca, przeskakiwały kalejdoskopowe obrazki zmieniającego się krajobrazu. Owiewała go słodycz pieczonych na rusztach cukinii, przeźroczysty chłód bryzy z mijanej fontanny, w której dzieci piszcząc rozchlapywały wodę, cierpki zapach piwa, którego ostatnie bursztynowe krople mężczyźni rozchlapywali na równo skoszonych trawnikach. Nie zauważył, że opuścił znajomy teren, zanurzając się w obce odgłosy i wonie. Instynkt pchał go przed siebie, silniej niż kiedykolwiek. Nikt nie wie jakimi ścieżkami przechadzają się nasze emanacje. Właściwie dopiero to przecięcie szlaków, moment węzłowy zwany niewinnie spotkaniem daje pewność. Chociaż czego ta pewność dotyczy, też zwykle się nie dowiadujemy.
Zatrzymała się przy niewielkim, jasno pomalowanym domu i zziajany, zobaczył jak zsiada z siodełka, opiera rower o ścianę, falują jasne włosy pachnące dymem i wędzonką, szeroki uśmiech wypełnia jej twarz, kiedy kieruje się w stronę małego chłopca wybiegającego z domu. Położył się przy niewysokim parkanie, ziejąc z pragnienia i wysiłku. Wiedział, że już się stąd nie ruszy.
Urszula Borowska
