GL Kotłowisko - Polowanie
Słońce niespiesznie wznosiło się nad horyzontem. Mgła spowijającą zagajnik zaczynała się rozrzedzać. Zapowiadał się piękny dzień. Początkowo szli w ciszy, ramię przy ramieniu, sztucer przy sztucerze. Nad podziw zdyscyplinowany oddział. Z czasem szyk zaczął się łamać. Coraz głośniej robiło się od rozmów i wybuchów śmiechu. Z rąk do rąk kursowały termosy, a i gdzie nie gdzie rozgrzewające piersióweczki. Atmosfera robiła się z każdą chwilą weselsza, toteż Łowczy poczuł się w obowiązku przywołać brać łowiecką do porządku. „Cisza! Zamknąć mordy fryce, bo wypłoszycie wszystkie byki!”
Edziu poprawił na głowie kapelusz i szturchnął idącego obok Mariana.
- Tak mnie, Maniek, w gardle drapie. Może byśmy coś łyknęli dla kurażu?
- Edziu, jak zapraszasz, to ja nie powiem nie. Nie powiem nie...
- Zapraszasz? A ty wiesz, że w gości się z pustymi rękami nie przychodzi?
- O... ślubna znowu Edziowi kranik zakręciła, co? To ja ci nie pomogę. Już mi ta twoja baba wystarczająco pysk obiła. Radź sobie sam.
- Bo z babami to trzeba umieć żyć - wtrącił się niespodziewanie Niezguła, podstawiając Edziowi pod nos pełną flaszkę samogonu. - Wiśnióweczka mojej Wandzi. Dojrzała i słodka. Nie każdemu daje spróbować.
- Komuś nie dała? - Maniek mruknął pod nosem, ale zgromiony wzrokiem Edzia, rzucił się do zawiązywania butów. Edziu tymczasem pociągnął z gwinta potężny łyk, wytarł usta z nieudawaną rozkoszą i niechętnie oddał flaszkę Niezgule.
- Podziękuj Wandzi w moim imieniu.
- Sam jej podziękuj. - odparł Niezguła - Dostała fuchę w nagonce jako prawa ręka sygnalisty.
- Będzie mu trzymała trąbkę? - Dociekał Maniek, który właśnie poprawił sznurówki i próbował wstać z klęczek, ale but Edzia wyrżnął go boleśnie w łydkę, ponownie usadzając w trawie. Niezguła jakby nie usłyszał pytania, rozejrzał się zamyślony po okolicy i mruknął pod nosem:
- Jest tak zarobiona, że od świtu jej nie widziałem.
- My tu gadu, gadu panowie, a stanowiska czekają - usłyszeli za plecami tubalny głos Łowczego.
Edziu z Mańkiem zarzucili sztucery na plecy i spojrzeli wyczekująco na Niezgułę. Ten nadal stał bezradnie, lustrując podejrzliwie zarośla. Edziu podszedł do niego i poklepał po ramieniu,
- Lubię cię brachu, więc nie będę owijał w bawełnę. Sosnowy młodnik. Na prawo od ambony.
Niezguła kiwnął mu z wdzięcznością głową i udał się we wskazanym kierunku. Gdy za plecami usłyszał chrząknięcie, zatrzymał się w pół kroku. Nie odwracając głowy, wyjął zza pazuchy flaszkę wiśniówki i oparł ją delikatnie o pieniek. Edziu aż mlasnął z zadowolenia.
Kwadrans później wiśnióweczka krążyła już po orbicie Edek-Maniek. Przestało być zimno i niewygodnie. Puszysty mech dogrzewał tam, gdzie słońce nie docierało, a samogon w żyłach pobudzał do rozmowy o sprawach ważkich i najważniejszych.
- Ty wiesz, Maniek, co to jest meszyzna? Meeeszczyzna, brachu, co to jest? Hyp...
- Uhmmm...
- Prawdziwy chłop to myśliwy, hyp.. Bo my, brachu, polowanie mamy we krwi!
- Uhmmm...
- Bo jeśli cię do lasu nie ciągnie, jeśli odstawiłeś fuzję w kącie, to nie ma się co oszukiwać. Baba z ciebie i tyle!
Dalszy ciąg rozmowy zagłuszył energiczny sygnał trąbki. Edziu spojrzał na śpiącego pod dębem Mańka, machnął dłonią z rezygnacją i zaciągnął na oczy kapelusz.
Z daleka zaczynały dochodzić pierwsze odgłosy nagonki: miarowy stukot, basowe pohukiwania, narastający trzask kruszonej gęstwiny. Dębowe kostury w dłoniach naganiaczy dyktowały rytm, strojąc oddechy i serca myśliwych. Stanowiska zostały zajęte, sztucery wycelowane, adrenalina w żyłach wrzała. Trawy zaczynały się lekko kołysać. Ktoś krzyknął: ,,Poszło!" i wszystkie palce zawisły na cynglach. Padł pierwszy strzał. Po nim kolejne. Aż nad zagajnikiem rozpętało się pandemonium. A potem zapadła cisza.
Maniek szarpnął Edzia gwałtownie za ramię, próbując wyrwać go z alkoholowej drzemki.
- Co jest? - Edziu z trudem otwierał oczy. - Uszeli ... uuuszeliliśmy coś, brachu?
Maniek zamiast odpowiedzieć wskazał ręką na kępę krzaków przed nimi. Edziu spojrzał w tym kierunku i poczuł nieprzyjemne mrowienie. Coś przedzierało się przez zarośla w ich kierunku. Coś dużego i zdecydowanego, aby przekroczyć linię ostrzału. Spojrzał na porzucone z boku sztucery i zdał sobie sprawę, że przyjdzie im stanąć do walki wręcz z szarżującym bykiem albo odyńcem.
- Matko jedyna... – przeżegnał się szybko i chwycił w desperacji za szyjkę butelki.
Krzaki zaszeleściły ponownie, a przed ich oczami stanął Niezguła upstrzony od stóp do głowy czerwoną posoką. Spojrzał półprzytomnym wzrokiem i odpowiedział na niezadane pytanie:
- To był wypadek. Jak Boga kocham, to był wypadek...
Monika Werner
Złocieniec, 14.05.2026 r.
W oczekiwaniu na wymianę wahacza :)
