Do trzech razy sztuka
Lisią norę odnalazłem całkiem przypadkowo podczas spaceru z psami. Znajdowała się ona na niewielkim wzniesieniu łąki położonej w pobliżu jeziora Wilczkowo. W oddali widać było cztery beztrosko harcujące wokół swojej kryjówki młode liski. Nie przeszkadzając im w swoich zabawach, zawróciłem do domu z myślą powrotu następnego dnia celem uwiecznienia ich na fotografii. I tak też się stało. Kolejnego dnia wróciłem w miejsce mojego spotkania. Ubrałem swój kamuflaż próbując podczołgać się z aparatem do lisich nor na odległość zrobienia poprawnego zdjęcia, to jest około 20 metrów. Figlujące przy swoich zagłębieniach szczeniaki bardzo szybko dostrzegły moją obecność i w ekspresowym tempie znikły w ziemskich zagłębieniach znajdujących się na zboczu niewielkich pagórków. Trzy godzinne wyczekiwanie nie przyniosło oczekiwanych efektów. Liski już nie pojawiły się na zewnątrz. Kolejnego dnia nastąpiła ponowna próba. Tym razem lisków nie było przy norze, a ponowne ciche podejście dawało mi wiarę, iż sukces uwiecznienia zwierzaków w kadrze to już tylko i wyłącznie kwestia czasu i cierpliwości. Nic bardziej mylnego. Po około pięciu godzinach leżenia skapitulowałem. Tego dnia mocno kręciło wiatrem, a do tego przypuszczałem, iż w norze wraz z szczeniakami przebywa liszka (samica lisa), doskonale czując moją obecność wokół swojego schronienia. W takim przypadku samica nie wypuści swoich krnąbrnych szczeniąt na zewnątrz. Kolejnego dnia sytuacja powtórzyła się. Łobuzujące liski dostrzegły moją obecność i czym prędzej dały dyla do nory. Bez większego optymizmu postanowiłem poczekać. Swoje stanowisko obrałem kilkanaście metrów od nory leżąc wśród traw. Miałem cichą nadzieję, iż z nory choć na chwilkę wyłoni się jakiś szczeniak. Po kilku minutach obserwacji, ku mojemu zdziwieniu ujrzałem wystającą z dziury głowę młodego liska. Przeciągnął się leniwie, ziewnął i udał się powoli w stronę jednego z wyjść. Po kilku sekundach, jak wystrzelony z procy zaczął biegać z dziury do dziury, po czym zapadł się gdzieś tam pod ziemię bez śladu. Czas przy norze płynął dość szybko. W pewnym momencie oczom moim ukazały się dwa zaspane niedoliski, a chwilę później z ziemskich otworów zaczęły wyłaniać się kolejne sztuki. Początkowo bacznie obserwowały otoczenie, a w nim leżącą nieopodal ciemną plamę z której co jakiś czas słychać było dźwięk migawki mojego aparatu. Szczeniaki, po krótkim rozpoznaniu terenu wybiegły na majową łąkę łobuzując i dokuczając sobie wzajemnie. Część z nich na moment przysnęła w chwili spokoju, delektując się ciepłymi promykami słońca. Chwila ta nie trwała jednak zbyt długo. Zwierzaki tak wariowały, że ciężko je było złapać w obiektyw i umieścić w kadrze. Tego popołudnia miałem sporo szczęścia. Sprzyjał mi wiatr i zwierzęta nie czuły mojej obecności. Samica najprawdopodobniej kilka godzin wcześniej opuściła swoja norę udając się na polowanie, by zapewnić pożywienie dla swoich pociech. Sześć szczeniaków, nieświadomych jakie zagrożenia czyhają na nie po opuszczeniu swojego bezpiecznego domu pozwoliło mi zarejestrować w kadrze swoje rozswawolone pełnych zabaw lisie wybryki.
Radosław Dominowski

