GL Kotłowisko - Geppetto
Marek ostatnim uderzeniem siekiery powalił pięciometrową topolę na ziemię.
Ta myśl towarzyszyła mu już od długiego czasu. Obracał ją w głowie i przepuszczał przed oczami nieistniejący jeszcze obraz. Drzewo musiało mieć żeńską nazwę, wszystko powinno było się zgadzać od samego początku.
Nie wierzba, bo płacząca, ani lipa, bo wiadomo. Kiedy już był pewien rozpoczął poszukiwania odpowiedniej topoli. Nie chciał rosnącej w zagajniku bo mogłaby okazać się plotkarą, ominął też dorodny egzemplarz zaplątany w gąszczu buków. Ich tylu a ona jedna. Od razu czuć było podejrzaną historię.
Ta była jak należy. Rosła na uboczu, samotna i prosta jak strzała. Nada mi się, zdecydował. Na miejscu jeszcze poprzycinał gałęzie a pień pociął na odmierzone kawałki.
W domu rozłożył je na czerwonym kocu jakby od początku chciał godnie powitać swoje przyszłe dzieło. Patrzył na kawałki topoli i ogarniała go jakaś dziwna nieśmiałość. Niby wiele już drewnianych rzeźb wykonał w swoim życiu, miał na koncie ducha lasu z długą brodą, ogromnego żubra i spore stadko wszelakich świątków, ale to zadanie z niczym nie mogło się równać. Westchnął przeciągle i rozłożył dłuta. Najpierw korpus, zdecydował. I łączenie na poziomie pasa, żeby obracać się mogła swobodniej. I nie za szczupła bo mogłaby się złamać.
Rzeźbił drewniane ciało całą noc, pogwizdując dla kurażu, szczególnie przy wygładzaniu piersi i wzgórka łonowego bo ogarnęło go jakieś zawstydzenie. Jak wtedy, gdy podpatrywał dziewczyny kąpiące się nago w jeziorze. Dobrze, że jest jeszcze w kawałkach- myślał- może nie będzie pamiętała. Nad ranem, zmęczony, nie panując już nad dłońmi, za mocno wbił dłuto w prawą łydkę żłobiąc podłużną szramę. Zmartwił się nieco, że nie będzie zadowolona z defektu ale zaraz pomyślał, że każdy człowiek przecież blizny jakieś nosi i to go czyni bardziej ludzkim. Zmęczony zasnął i spał do południa. Potem pokręcił się trochę po obejściu, nakarmił psa, oberwał pęto kiełbasy, ale dziwnie jeść mu się nie chciało. Praca była niedokończona i nie mógł zaznać spokoju.
Miał wrażenie, że robi coś niewłaściwego, narusza odwieczną zasadę nieprzekraczania jakiejś granicy. Nie rozumiał tego, ale jego ciało stawiało nieoczekiwany opór.
Nasłuchałem się za dużo tych bajań o duszach zaklętych w drzewa - przeklął cicho, drasnąwszy się w palec. I zaraz poczuł silną potrzebę przeproszenia za swoją porywczość. Cały wieczór łączył części topoli tworząc rzeźbę kobiety. Potem zapadł w niespokojny sen. Widział zamglone przestrzenie, krzyki, chyba kobiece, urwane znienacka, przechodzące w przeciągłe wycie. I wilka odsłaniającego kły, znikającego potem w ciemnym lesie.
Obudził się zlany potem, z przerażeniem w sercu. Drewniana kobieta leżała przykryta kocem koło niego. Nie pamiętał, żeby to zrobił. Z ulgą wyszedł na słońce. Pokrzątał się po podwórku, narąbał drew, przestawił samochód bliżej domu. Wszystko to automatycznie. Czegoś brakowało, coś było nie tak. Pies. Nie było słychać szczekania Suriego. Podszedł do budy. Do łańcucha przypięte były krwawe resztki. Zrobiło mu się słabo w nogach. Wilki.
Nie, to niemożliwe - pomyślał - tu nigdy ich nie było. Wokół za dużo cywilizacji. Skulił się kucając i nie patrząc zbyt uważnie pochował resztki psa w wykopanym dole. Trzeba będzie znaleźć gdzieś szczeniaka. I zostawić go w domu- starał się trzymać smutek na uwięzi. Nie ma co przywiązywać się do zwierzaków, wiedział o tym od dawna.
Po powrocie do domu otworzył szafę. Tę, do której starał się nie zbliżać od trzech lat. Na półkach leżały równo poukładane bluzki, kolorowe swetry. Obok kilka sukienek na wieszakach, na dole buty. I czerwone szpilki, w których tak mu się podobała. Wybrał beżową szmizjerkę w czerwone dmuchawce. Będzie łatwiej założyć- pomyślał. Podszedł do łóżka. Odkryta jednym ruchem rzeźba wydała mu się bezbronna. Uległa i twarda jednocześnie. Przypomniał mu się krzyk kobiety ze snu. Odpędził majaczące myśli i zaczął ubierać drewnianą postać. Jak kłoda- myśl przywołała mu inny obraz, który przegonił równie szybko jak poprzednie. Popatrzył na ubraną rzeźbę. Jej twarz była nieobecna, smutna. Jak tamta. Podszedł ponownie do szafy ale nie mógł zdecydować się, jakie buty będą pasowały do sukienki. W sumie nie chodzi, buty jej niepotrzebne- popchnął lekko drzwi szafy. Zamknęły się z przeciągłym jękiem.
Zajrzał do lodówki i postanowił pojechać po zakupy. Pod wiejskim sklepem siedziało trzech lokalnych pijaczków.
- Słyszeliście coś o wilkach w lesie?
- Wilkach? - zarechotał grubszy drapiąc się po brzuchu - tu nie ma żadnych wilków przecież. Psy zdziczałe czasem tak, biegają. Kurylskiego pogryzły aż zastrzyki brać musiał...
Wsiadł do samochodu nie słuchając dalszego ciągu historii. Zmierzchało.
Nad rzeką wysnuwała się mgła, obejmując dolinę przenikliwą wilgocią. Zatrzymał się jeszcze nasłuchując odgłosów z lasu ale nic nie wzbudziło jego niepokoju. Pojedyncze pohukiwania, trzepoty skrzydeł, trzaski łamanych gałązek. Kiedy zajechał pod dom czerń była już gęsta. Doskwierała mu ta martwa cisza na podwórku. Spojrzał w stronę pustej budy, westchnął głęboko i wyciągnął reklamówki z jedzeniem. Otworzył drzwi.
W domu coś się zmieniło. Było gorąco jakby ktoś napalił w piecu. I pachniało. Czymś znajomym. Wszedł do pokoju. Czerwony koc leżał na fotelu. Przysiągłby, że go tam nie zostawił. Spojrzał w stronę łóżka i poczuł jak żołądek napełnia mu się stalowym zimnem. Najpierw zobaczył kobiecą łydkę. Z podłużną, ledwo zagojona raną. Spod kołdry wystawała noga ubrana w czerwony but na wysokim obcasie.
Urszula Borowska

