GL Kotłowisko - Okna
Blokowisko jest puste w świąteczny poranek.
- Mamo, mogę wyjść na dwór?
- Uhm - odmrukuje coś leżąca w łóżku kobieta i zakrywa się kołdrą. Naciąga ją nawet na głowę.
Edyta myśli przez chwilę, zastanawia się czy mamie to nie zaszkodzi. Przynosi kapcie, które ta rozrzuciła wczoraj w pokoju. Jest chora ale do wieczora wyzdrowieje, myśli dziewczynka. Idzie do kuchni, wyciąga chleb i otwiera lodówkę. Niewiele jest w środku, masło, twaróg i cebula. Na świąteczny obiad pewnie pójdą do babci, jak zawsze. Edyta zjada kromkę chleba, umie już nałożyć ser i równo rozsmarować. Teraz wyjdzie. Ubiera kurtkę, buty i otwiera drzwi. Słyszy jak mama mamrocze coś przez sen. Zamyka mieszkanie najdelikatniej jak potrafi. W bloku jest cicho jakby wszyscy jeszcze spali. Na dworze tylko pani Iwona spaceruje z psem. Ale nie wolno go głaskać. Sąsiadka odburkuje dzień dobry, zaspana jeszcze, i ciągnie psa z powrotem do domu. Edyta idzie wzdłuż bloku, potem skręca w stronę placu zabaw. Jednego, drugiego. Ale tam nikogo nie ma. Wszystkie dzieci jeszcze śpią pod swoimi kolorowymi kołdrami albo jedzą śniadanie, które przygotowała dla nich mama, myśli Edyta. Patrzy w okna mieszkań. Tam na pewno ktoś wstał, może jakiś tata śpiewa przy goleniu a mama woła już dzieci. Wszyscy się śmieją a pies szczeka. Bo na pewno mają psa. Ona też kiedyś miała. Przez chwilę. Ale przeszkadzał mamie bo się nie słuchał, chociaż Edyta próbowała nauczyć go kilku komend. Dziewczynka idzie jeszcze przez chwilę, a potem siada na karuzeli. Odpycha się nogami i urządzenie rusza ze zgrzytem w swój obrotowy taniec.
Stefania z trudem podnosi się z krzesła. Dobrze, że wstaje tak wcześnie, wtedy jest szansa, że wszystko zrobi o czasie. Porusza się już coraz wolniej. Kot podnosi leniwie głowę i zaraz z powrotem zwija się w kulkę na parapecie.
-Tylko byś spał - mówi niby karcąco kobieta ale tak naprawdę patrzy z przyjemnością na futrzany kłębek. Co ja bym bez ciebie zrobiła, myśli. Teraz herbata, może trochę sałatki z wczorajszej wigilijnej kolacji. Otwiera lodówkę i przesuwa papierowe pakieciki. Jeden z salcesonem, drugi z polędwicą sopocką. Po piętnaście deko, były przedwczoraj w promocji. Musi uważać z tymi wydatkami, niewiele już zostało z emerytury. A jeszcze odłożyła na prezent dla Sławka. Może w tym roku przyjedzie. Uśmiech rozjaśnia przez chwilę twarz kobiety. Patrzy na zdjęcie syna. Miał wtedy dziesięć lat i był zachwycony rowerem, na który złożyło się pół rodziny. Gładzi zdjęcie wskazującym palcem i wzdycha. Świat przesunął się od tamtej pory do przodu. I stało się to w jakimś szaleńczym pędzie. Tylko ona z niego wypadła, jak z mknącego pociągu. Potoczyła się po nasypie i utknęła w tym pustym mieszkaniu. Chociaż dziś jest nawet zadowolona. Kolana bolą jakby mniej niż zwykle. Podchodzi do okna. Dzwonią dzwony w pobliskich kościołach. Jest świąteczny poranek.
Edyta krąży jeszcze godzinę po osiedlu ale nic się nie wydarza. Place zabaw są puste. Obserwuje ludzi idących na pierwszą poranną mszę. Małżeństwo, jakby doskonale skrojone pod siebie. On w granatowym płaszczu, ona w błękitnej kurtce. Stukają miarowo obcasy po osiedlowej kostce. Potem starszy mężczyzna z laską, dwie kobiety, chyba matka i córka bo widać jakieś podobieństwo, potem jeszcze starsza pani. Idzie bardzo powoli. Przystaje przy śmietniku i wyciąga coś z torebki. Dziewczynka obserwuje kobietę z zaciekawieniem. Tamta otwiera kocią saszetkę i wyciska karmę na leżącą tekturkę. Natychmiast robi się jakiś ruch i przybiegają dwa koty. Jeden w czarno- białe łaty, jak krowa, drugi cały szary. Jedzą zgodnie. Kobieta chwilę na nie patrzy, coś do nich mówi i rusza dalej, w stronę kościoła. Edyta chciałaby mieć chociaż kota. Może wzięłaby jednego z nich, żeby się nim opiekować. Karmić i głaskać. Wzdycha. Wie, że to niemożliwe. Mama kazałaby jej natychmiast go odnieść.
Wraca do domu. Nic się nie zmieniło. Mama pochrapuje w pokoju, w zlewie walają się nieumyte od wczoraj talerze. Edyta odkręca wodę.
Wracając z kościoła Stefania siada na ławce pod świerkiem. Ławka jest drewniana, gdzieniegdzie odchodzi z desek złuszczona, niebieska farba, ukazując drewniane słoje. Kobieta podważa paznokciem płatki farby. Robi to bezwiednie, przyglądając się przechodzącym ludziom. Starszym małżeństwom wracającym w ciszy, jakby wyczerpały się im już wszystkie słowa, biegnącym radośnie dzieciom, zakapturzonym nastolatkom. Pod klatkę stojącego naprzeciwko bloku podchodzi para młodych ludzi z dzieckiem w wózku. On postawny, jasny, ona smukła , zaaferowana synkiem. Stefanię zalewają wspomnienia. Sławuś też miał takie jasne włoski, zawsze w niedzielę po mszy chodzili z nim na rurki z kremem do pobliskiej cukierni. Jak on na to czekał. Dlatego przez całe nabożeństwo siedział spokojnie. Drzwi zamykają się za rodziną z lekkim mlaśnięciem i to przywołuje starszą kobietę do rzeczywistości. Przytrzymując się ręką, powoli wstaje z ławki i zaczyna dreptać w kierunku domu.
Kiedy mama w końcu wstaje z łóżka jest już popołudnie. Edyta siedzi w swoim pokoju i czyta.
- Jadłaś coś - pyta kobieta otwierając lodówkę. - Zbieraj się, pójdziemy do babci - zarządza, nie czekając na odpowiedź.
Edyta niechętnie przerywa czytanie, z trudem wydobywa się z powrotem do realności. Wolałaby zostać tam, w tym szczęśliwym świecie, tam nawet nie czuje głodu. Ale wychodzi i posłusznie ubiera buty. Z mamą, kiedy jest w tym stanie, nie ma co dyskutować. Rozzłości się albo obrazi, obie możliwości Edytę przerażają. Potem musi długo przepraszać i czekać aż mama muśnie ją swoim spojrzeniem. Wychodzą z bloku i idą na przystanek. Mama nic nie mówi, zatrzaśnięta w swoim świecie nie zauważa pytań córki.
- Co mówiłaś? - zniecierpliwiona pochyla się w jej kierunku - nie szepcz tak, nic nie słyszę. Edyta milknie i nie mówi już nic. Dopiero kiedy dojeżdżają do domu babci jej ciało nieco się rozpuszcza, mięknie. Zaklina w duchu wszystkich znanych jej świętych, prosząc aby kobiety nie pokłóciły się zbyt szybko. Żeby mogła tu trochę zostać. Po obiedzie bawi się za kanapą. Wymyśla sobie rodzinę. Będzie ona, mąż i dwoje dzieci. Standardowo- chłopiec i dziewczynka. Będą wszędzie chodzić razem, rano będzie robić im pyszne śniadania i gotować obiady, jak babcia. I cały czas będą ze sobą rozmawiać. Naraz zastyga. Słyszy podniesione głosy kobiet. Niedobrze - myśli - kłócą się o nią. Mama będzie na nią zła chociaż ona przecież nic nie powiedziała.
- Zbieraj się, idziemy - słyszy ostry głos mamy. Wstaje, zostawiając w kącie za kanapą swoje marzenie.
Powoli zapada zmrok. Stefania ścisza wieczorne wiadomości, telewizor mruga jaskrawym okiem, służąc jej za nocną lampkę. Z szuflady w komodzie wyjmuje telefon i kładzie przed sobą. Nie jest jeszcze tak późno, może zadzwoni - myśli. Na pewno miał bardzo zajęty dzień. Może dyżur w pracy, a może musiał pozałatwiać jakieś pilne sprawy. Co z tego, że święta- karci jakiś uparty głos w swojej głowie- teraz młodzi nie traktują tego dnia jakoś szczególnie. Jeszcze poczeka. Dobrze, że wyjęła telefon, gdyby dzwonił w szufladzie, mogłaby go nie usłyszeć. Za oknem milknie zgiełk osiedla. Rodziny wracają do domów ze świątecznych wojaży, samochody ustawiają się na parkingu w równych liniach. Stefania obserwuje to z wysokości czwartego pietra. Czeka. W dole pod latarnią kołysze się wystrojony w kolorowe światła świerk. Kobieta obserwuje przez chwilę ten łagodny ruch, podchodzi do stołu i odkłada telefon do szuflady. Jutro - myśli - jutro to już na pewno.
Tak szybko przeczytałaś te książki? - mama zagląda do pokoju Edyty. Podchodzi i przytula córkę. Uśmiecha się.
- W przyszłą niedzielę pojedziemy do zoo. Chcesz?
- Tak - dziewczynka wtula się mocniej ale chyba zbyt mocno bo kobieta znienacka się odsuwa.
- No to idź się umyć i do łóżka - rzuca jeszcze i wraca do swojego pokoju. Edyta ma wrażenie, jakby mama przechodziła do innego świata, mimo, że dzieli je tylko ściana. Myje się, kładzie i wyciąga książkę. To już trzecia, ostatnia. Więcej nie można wypożyczyć w szkolnej bibliotece ale te akurat wystarczyły na święta. Jeszcze ostatni rozdział. Zanim pójdzie spać, wygląda przez okno. Widać z niego blok naprzeciwko i parking z równo poustawianymi samochodami. I kolorowo przystrojone świąteczne drzewko. Dziewczynka patrzy w ciepło oświetlone okna bloku naprzeciwko. W jednym z nich stoi starsza pani. Głaszcze kota.
Kiedyś - myśli Edyta - kiedyś też będę miała takie życie.
Urszula Borowska

