GL Kotłowisko - Sokół cz.2
Sokół
Cz. 2
Zaciekawione twarze wynurzały się tu i owdzie z pootwieranych okien, wietrząc okazję do odreagowania zawiedzionych przez narodową drużynę nadziei.
Z kamienicy znajdującej się naprzeciwko ratusza wyłonił się zażywny jegomość i posuwistym krokiem popłynął w stronę obiecującej awantury. Zbliżając się rozpoznał kobiecą twarz, zastygł na moment, a potem powolutku wycofał się tam skąd przyszedł.
Pani Kazia nie osiągnąwszy zamierzonego efektu, a swym pochopnym zachowaniem spłoszywszy ewentualnego amanta, który odpełzł na bezpieczną odległość, ucichła i powoli obróciła się w stronę wybujałych tui.
- Chodź pan - rozkazała usiłującemu złapać pion Heniowi. - Tam w krzakach siedzi złoczyńca - wyszeptała donośnie.
- Królowo, włos z głowy twojej nie spadnie - i osłabiony jeszcze pan Henio z pewnym ociąganiem ruszył za maszerującą pewnym krokiem panią Kazią, która złożywszy w międzyczasie parasol wycelowała ostry szpikulec w stronę kępy krzaków.
Podeszła bliżej, nachyliła się i kilka razy wetknęła parasol w gałęzie.
- Ssss - wydostało się z krzaków - oko mi babo wydłubiesz! I spomiędzy tuj wynurzył się obsypany zielskiem mężczyzna w pelerynie.
- Tylko nie babo! Szacunku trochę dla kobiety - wymamrotał z bezpiecznej odległości pan Henio chwiejąc się malowniczo jak flaga na złocienieckim urzędzie.
- Właśnie - pani Kazia dźgnęła zakapturzonego w kolano aż podskoczył - kto ty jesteś?
I czemu się tu po nocy zakradasz? Toż tu nic ciekawego do szabru nie ma - przeleciała spojrzeniem po ziejących pustką, zamkniętych lokalach.
- Ciii - zasyczał mężczyzna. - Jakiego szabru? Co ja, złodziej jakiś jestem? - oburzył się.
- Mikołaj - wyciągnął pojednawczo dłoń.
- Jaki Mikołaj? Z Drawska? - pani Kazia załopotała parasolem, przypominając sobie, że tych z Drawska tu się nie lubi. Nie pamiętała za bardzo dlaczego ale tradycji zmieniać nie należy, tego była pewna.
- Nie z Drawska, z Warszawy. Mikołaj - powtórzył.
- Święty chyba - zarechotał ukontentowany własną iluminacją pan Henio.
- Z Warszawy? Tutaj? Po co? - pani Kazia z niedowierzaniem patrzyła na mężczyznę w czarnej pelerynie. Nagle połączyły się przelatujące swobodnie przez jej głowę obrazy i oburzenie rozlało się czerwienią po dekolcie. - Mało żeście nakradli?! Teraz jeszcze tutaj!
- Ciii - mężczyzna usiłował uciszyć ją, nieco osłupiały, nie nadążając za błyskotliwym tokiem rozumowania interlokutorki. - Ja z nimi nie mam nic wspólnego. Nic!- tu uderzył się w pierś z całej siły. - Ja nawet w harcerstwie nie byłem.
- No! - pani Kazia jeszcze przez chwilę wpatrywała się w niego podejrzliwie po czym opuściła parasol.
Mężczyzna odetchnął kilka razy, rozejrzał się po opustoszałym ryneczku a widząc, że tych dwoje nigdzie się nie wybiera sapnął z ukrywana irytacją i zrezygnowany usiadł w krzakach.
- No dobrze, siadajcie - mruknął, patrząc nieprzyjaźnie na autochtonów.
Pani Kazia rozejrzała się wokół z lekkim grymasem niesmaku. Trawa wokół krzaków, sporo już przerośnięta nie zachęcała do piknikowania.
- Już, już królowo - pan Henio wyciągnął z przepastnej kieszeni rozwleczonych spodni dwie wielkie robocze rękawice. - Niechże ten zgrabny... - tu zamilkł napotykając pioruny w oczach kobiety. - Spocznie se - dokończył, wstydliwie spuszczając wzrok.
- Spocznę to sobie w trumnie - fuknęła pani Kazia ale, że zaciekawiona była wielce całą sytuacją a nogi najmłodsze już nie były, po lekkiej gimnastyce z parasolem, opadła na trawnik. Panu Heniowi nie sprawiło to natomiast żadnego kłopotu gdyż, szczególnie dziś, w jakiś naturalny sposób ciążył ku ziemi.
- No, to opowiadaj pan co tu się dzieje - pani Kazia zadarła nieco spódnicę i usiadła po turecku. Parasola nie wypuszczała z rąk. - A ten niech się odsunie i nie zionie mi tu jak smok wawelski. - obsztorcowała pana Henia, który zachybotał się w jej stronę.
- Ech - westchnął ciężko Mikołaj - to trochę niewiarygodna historia ale są świadkowie, którzy to widzieli.
Wiecie, że po wojnie przyjeżdżali tu ludzie z różnych części kraju, żeby zasiedlać pozostawione przez Niemców domy i gospodarstwa.
- Naprawdę? - pani Kazia spojrzała na Mikołaja z szyderczym grymasem, który przy dużej dozie wyobraźni można byłoby nazwać uśmiechem. - Kto by pomyślał. - dodała zgryźliwie.
- No tak, przepraszam, pani pewnie pamięta - brnął nieszczęśnik patrząc bezradnie jak dłoń kobiety zaciska się na rękojeści parasola. - No jako dziecię w kołysce - usiłował ratować się ostatkiem przytomności.
- Zresztą ludzie długo po wojnie tu jeszcze przyjeżdżali, żeby się osiedlić - najwyraźniej wybrnął bo pani Kazia wypuściła parasol.
Odetchnął cicho i kontynuował opowieść.
- Jednym z pierwszych transportów przyjechała rodzina Kotowskich. Z Centrali, jak to się wtedy mówiło. Przybyli licząc na lepszy los niż ten, który niechybnie czekałby ich w rodzinnej wiosce. Czyli bieda, obrabianie od rana do wieczora spłachetka ziemi, praca po gospodarzach za worek kartofli. Liczyli, że tu dostaną dom, może kawałek ziemi, pracę. I dostali. Właśnie w Złocieńcu. Tu ich skierowano. On zaczął pracować na kolei, ona początkowo zajmowała się domem a potem zaczęła sprzedawać w sklepie żelaznym.
- W żelaznym? - zaciekawił się pan Henio - ja tam z tatusiem chodziłem, zawsze gwoździki kupował, dla mnie też, budy psom zbijałem jako dzieciak. Żeby nie marzły w zimie. Szkoda jakoś było a stare deski zawsze walały się na podwórku - uśmiechnął się na to wspomnienie.
- Ale to już chyba później było - podrapał się po głowie usiłując umiejscowić obraz w czasie.
- Mieli trójkę dzieci - ciągnął Mikołaj, wszystkie wykształciły się i wyjechały. Jeden z chłopaków, Stefan, to ojciec mojego kolegi. Nie żyje już. Ojciec, nie kolega - zaznaczył a pani Kazia niecierpliwie kiwnęła głową.
- I co? Co ten kolega?
- No ostatnio byliśmy na imprezie i rozmawialiśmy wszyscy, gdzie tu ruszyć na wakacje. Bo te modne kierunki już się wszystkim znudziły. I ktoś rzucił, że Mazury. Najpiękniejsze pojezierze.
- Też coś! - obruszyła się pani Kazia - najpiękniejsze jest nasze. Spokój, cisza, lasy. A jeziora jakie przejrzyste - rozmarzyła się.
- No chyba, że sinice są - dodał pan Henio - raz wlazłem wykąpać się w Siecinie a potem same takie czerwone bąble wszędzie miałem. Pieruńsko swędziały - podrapał się odruchowo po nodze.
- Cicho! - zgromiła go porozumiewawczym spojrzeniem kobieta. - Jakie sinice! - przymykała nerwowo jedną powiekę - pewnie z brudu albo od wszy jakich te krosty - teraz już otwarcie dźgała pana Henia łokciem.
Mężczyzna patrzył na nią przez chwilę oszołomionym wzrokiem i nagle zrozumiał.
- Może i wszy faktycznie - westchnął - nie wiadomo, co te turysty przywlec ze sobą mogą.
- No opowiadaj pan dalej - pani Kazia spojrzała wyczekująco na Mikołaja.
- No i kolega powiedział wtedy - ciągnął mężczyzna - że Mazury oklepane i czy wiedzą gdzie jest Pojezierze Drawskie. Nikt nie wiedział. No to wyciągnął laptopa i pokazał wszystkim trochę zdjęć jezior i lasów. I powiedział, że jego ojciec stamtąd pochodzi.
Ze Złocieńca właśnie. Wtedy cała grupa zdecydowała, że przyjedzie tu na wakacje.

