GL Kotłowisko - Sokół cz.3
Sokół
Cz. 3
- I jest tu teraz? Ta grupa? Gdzie? - przejął śledztwo Henio.
- Nie wszyscy. Kolega jest. I jeszcze tacy znajomi, para. Reszta się jakoś rozmyła z decyzjami jak to zwykle bywa.
- Tylko jedna kobieta? - zadziwił się Henio - na trzech?
- Jak na trzech? - pani Kazia oczami ciskała pioruny - przecież mówi, że para! I co pan tak wnikasz? - pani Kazi nie spodobał się z jakiegoś powodu tok rozumowania mężczyzny.
Pan Heniu zamilkł i już nic nie rozumiejącym wzrokiem wpatrywał się w kobietę.
Ta łypnęła na niego raz jeszcze i zwróciła się do Warszawiaka.
- No pięknie, że tu na wakacje zjechaliście, nie ma cudniejszego miejsca w Polsce. A może i na świecie - złowieszczym spojrzeniem uciszyła ewentualne protesty mężczyzny. - Czy czołganie się po złocienieckim rynku w nocy i chodzenie na kolanach zostało wpisane do programu wycieczki? - złośliwy uśmiech co i rusz lekko wykrzywiał jej twarz.
Mężczyzna znów westchnął ciężko i nieco zrezygnowany podjął opowieść.
No ojciec kolegi, ten Stefan, będąc chłopcem niechcący był świadkiem dziwnego zdarzenia, które miało miejsce właśnie tutaj.
- Tutaj? - zadziwienie w głosie pana Henia było tak wielkie jakby ktoś oznajmił mu właśnie, że otrzymał w spadku pałac.
- Cicho - syknęła kobieta - co go tak dziwi? Tutaj się różne cuda wyprawiały. I wyprawiają. - oznajmiła kategorycznie. - na przykład ten rycerz z kościoła... Tu zamilkła nagle, jakby przypadkiem wyjawiła jakąś tajemnicę.
- Jaki rycerz? - Mikołaj patrzył na nią osłupiały.
- No normalny, na koniu - ziewnął pan Henio i teraz pani Kazia spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Myślałem, że to po tej cytrynówce ale skoro i szanowna pani go spotyka... - uśmiech rozlał mu się po twarzy. - Musimy kiedyś razem.
- Wykluczone - oprzytomniała kobieta - Co on widział wtedy? Ten Stefan. No mów pan! - sprawnie przekierowała rozmowę na pierwotny wątek, obsztorcowując się w duchu za niepotrzebną gadatliwość.
Mikołaj zerknął na panią Kazię, potem na pana Henia i skulił się nieco. W głowie po raz pierwszy wyświetliła mu się myśl, że może nie są tak nieszkodliwi jak początkowo myślał.
A może nawet są w zmowie - podpowiedziała mu paranoiczna cześć umysłu. Niemożliwe chyba - otrząsnął się z czarnych myśli i podjął opowieść.
- Miał może dziesięć czy dwanaście lat, w każdym razie był w szkole podstawowej i wiadomo jak to wtedy dzieciaki, niepilnowane przez nikogo, snuły się po miasteczku, czasem wymykały w nocy z domu wiedzione marzeniami o wielkich ucieczkach i wyprawach.
Jedna z takich eskapad przywiodła ich późnym wieczorem na złocieniecki rynek. Wybrali się we dwóch, z kolegą z klasy. Kiedy przemykali przy ratuszu zatrzymały ich jakieś trzaski i stłumione męskie głosy. Schowali się wtedy do bramy jednej z tych kamienic- tu zatoczył koło ręką. - Zanurzeni w ciemności patrzyli i nasłuchiwali.
- Ciekawe, która to była - pan Henio rozejrzał się po pobliskich zabudowaniach.
- I co, i co zobaczyli?- pani Kazi błyszczały oczy jakby ocknęła się w niej niespokojna, podskakująca z niecierpliwości dziewczynka.
- Zobaczyli dwóch mężczyzn zakopujących z mozołem ciemną skrzynię, na której wieku widniał duży sokół. Taki jak z herbu Złocieńca. W każdym razie tak im się wydawało. Trzeci mężczyzna krążył wokoło i chłopcy byli przekonani, że jest uzbrojony. Uciekli więc jak tylko trochę się oddalił ale zdążyli zobaczyć, gdzie tajemnicze postacie zakopują skarb. Bo przecież nie mogło to być nic innego. Może chcieli coś przechować na lepsze czasy, jakieś fanty z szabru albo pozostawione przez Niemców złoto czy dzieła sztuki.
- U nas? Dzieła sztuki? - pan Henio próbował trzeźwo ocenić rzeczywistość - przecież u nas nie ma nawet żadnego muzeum.
- Trzymajcie mnie - poczerwieniała ze złości pani Kazia- nie ma bo wszystko zniszczyli.
- Te, te, psie potomki. - Zdenerwowanie ewidentnie ograniczyło jej zdolność wysławiania się.
- Cały zamek, wandale, wysadzili w powietrze! To i muzeum nie ma - przygasła jakoś.
- Tego zamku faktycznie szkoda. Widziałem mural. I wzgórze. Ale - powrócił do opowiadanej historii - kolega mówił jeszcze, że ponoć zakopali tę skrzynię trochę na prawo od takiego wielkiego drzewa. Tu jest tylko jedno takie - wskazał ręką na okazały dąb. Pewnie o nie chodzi.
- To dąb Antek - wyjaśniła pani Kazia. - Po której prawej stronie? - dopytała przytomnie.
- No właśnie nie wiadomo po której. Ojciec kolegi nigdy nie powiedział, w której z kamienic wtedy się schowali. Nikt go o to nigdy nie zapytał.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Pusty plac trwał w ciszy razem z nimi szczelnie zasłaniając ciemnością niełatwą historię.
- No dobrze - pierwsza otrząsnęła się Pani Kazia. - Trzeba zakreślić jakiś obszar poszukiwań. I wyznaczyć zakres prac. Czyli kto gdzie kopie. Ja będę stała na czatach - załopotała parasolem.
Żaden z mężczyzn nie zaoponował.
- Jak bardzo na prawo od drzewa zakopali tę skrzynię? - kobieta ewidentnie przejęła dowodzenie.
- Nie wiadomo - zasmucił się Mikołaj - tego pan Stefan też nie powiedział. Ale pewnie niezbyt blisko bo korzenie przeszkadzałyby w kopaniu.
- Trzeba by te płytki najpierw zedrzeć - pan Henio zachwiał się lekko przy wstawaniu gotowy do natychmiastowego wykonywania poleceń pani Kazi. - Gdzie kopać?
- Zaraz, zaraz - oprzytomniał Mikołaj - przecież od razu ktoś policję wezwie jak nas zobaczą - wskazał ręką na pojedyncze lampy. - I kamera jeszcze.
- Eee - machnął ręką Henio.- Pewnie popsuta jak zwykle. - Nie patrzą. Przetestowane - uśmiechnął się przebiegle.
- Ale ryzyko jest - zgodziła się Kazia. - Mogli dostać jakieś pieniądze z miasta i naprawić.
Chociaż kamera tu niepotrzebna. Kto ma co zobaczyć to zobaczy - spojrzała znacząco na Henia, który poczerwieniał usiłując przypomnieć sobie, które krzaki służyły mu ostatnio za toaletę.
- Plan był taki, żeby wyłączyć prąd - z lekkim ociąganiem przyznał Mikołaj.
- Ale jak? - zafrasowała się kobieta i dla wszystkich stało się jasne jaka jest decyzja. Niczego nie trzeba było już głośno nazywać. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Stacja transformatorowa jest niedaleko. Kiedyś można się było tam nawet zdrzemnąć, prąd miło mruczał do snu, ale odkąd założyli tę drugą kłódkę skończyło się - Henio bezradnie rozłożył ręce. - Trzeba by jakimś łomem walnąć.
Rozejrzał się po rynku jakby stąd miała nadejść pomoc.
- Łom i łopata są w krzakach. Kolega przygotował - Mikołaj westchnął. - Mieliśmy działać razem, ale musiał pilnie wracać do Warszawy. Znienacka. A może po prostu się wystraszył. To przyszedłem sam i nie wiem na co liczyłem...
- Na nas - wyprostował się dumnie pan Henio. - Na nas zawsze można liczyć.
- Mów pan za siebie - żachnęła się pani Kazia. - Łopata rozumiem ale łom? To żeby się dostać do tej budki z prądem? Delikatniej się nie da?
- Kobiety - rozmarzył się Henio. - Szanowna pani rączek sobie nie ubrudzi, my się tym zajmiemy - stanął pewniej na nogach i jeszcze bardziej się wyprostował.
- Oczywiście, że sobie nie ubrudzę - Kazimiera zamierzała trzymać się w pewnej odległości od awantury by w razie czego płynnie przekształcić się w przygodnego świadka zdarzenia.
Z przebiegłych rozmyślań wyrwał ją nagły rumor. Jakiś nierównomierny stukot. Zmarli. Dźwięk, początkowo oddalony teraz wyraźniał, ewidentnie przemieszczając się w ich kierunku.
- To od strony kościoła - Heniu pobladł nieco i przysunął się bliżej pani Kazi, jakby szukając u niej ratunku. - To on.
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo chwilowo zaprzestając knucia.
- Jaki on? Nic z tego nie rozumiem. - Mikołaj patrzył to na jedno, to na drugie wyraźnie zdezorientowany.
- Rycerz. Z kościoła. Ma tam trumnę ponoć, całą ze szkła ale jakoś nie może w niej spokojnie uleżeć. Może jakby mu jaki całun zarzucili... - zamyślił się Henio - ale te kościelne ludzie niewierzące jakieś. Raz próbowałem proboszczowi tłumaczyć to od pijaków mnie wyzwał i psychiatrą postraszył.
- Co pan gadasz - Mikołajowi głos lekko utykał w gardle. Nie wierzył w duchy i zjawy ale widok tych dwojga, a szczególnie milczącej pani Kazi zachwiał nieco jego racjonalnym oglądem rzeczywistości. Złapał się na tym, że bezwiednie skulił się jak pozostali i nieco do nich przybliżył.
- Pani Kazia potwierdzi - Heniu spojrzał z wyzwaniem w oczach na Warszawiaka.
Ten z niemym zapytaniem przeniósł wzrok na kobietę, w myślach ganiąc się za to resztką rozsądku.
- A tam... - zamruczała niewyraźnie kobieta a jej ciałem wstrząsnął lekki dreszcz.
Nie dane im było jednak zgłębiać nadal żywota złocienieckiego upiora gdyż hałas narastał coraz bardziej i po chwili objawił się w postaci czterech ubranych na czarno, zamaskowanych osiłków z bejsbolami. Przemieszczali się nierówną tyralierą, zawodząc pieśń bojową, w której można było rozpoznać bliski sercu każdego Polaka refren "...nic się nie stało...", i kosząc przy okazji pozostałe jeszcze przy życiu kosze na śmieci i słupy latarni.

