GL Kotłowisko - Sokół
Sokół
Cz. 1
Na złocienieckim ryneczku zapadał zmrok. Z odrapanych kamieniczek wysnuwał się dym i przekleństwa lokatorów.
Wody nie było od tygodnia i społeczeństwo chodziło coraz bardziej niespokojne. Na Słodkim Rogu doszło nawet do dwóch spektakularnych awantur, połączonych z chlustaniem, zakażoną bakterią e-coli wodą, w twarz strażnika miejskiego.
Ale dziś panował względny spokój. Aż nienaturalny, biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni. Nawet nieliczne drzewa i krzaki zamarły w jakimś stoickim oczekiwaniu.
Na schodkach pod ratuszem spał, lekko pochrapując, znieczulony życiem pan Henio. Pod bankiem przesnuł się zakapturzony nastolatek, pozostawiając za sobą cytrusowy zapach dymu z e-papierosa.
Przejechały dwa samochody z obcą rejestracją, nie przekraczając dozwolonej prędkości ale pisk opon sugerował, że któregoś z kierowców zaskoczył pobliski znak stopu.
I znów wszystko ucichło a zmierzch sczerniał jeszcze bardziej ustępując miejsca nocy. Miasteczko układało się do wieczornego oglądania meczu Polska-San Marino.
I w momencie, kiedy dzwon na pobliskim kościele zaczął pobożnie wyśpiewywać maryjną pieśń, zza rogu, od strony rzeki wyłoniła się postać. Przygarbiona przetruchtała przez ulicę ignorując przejście dla pieszych i przykucnęła przy rozłożystym dębie. Po chwili podniosła głowę, rozejrzała się niespokojnie i zaczęła na kolanach przemieszczać się w stronę wybujałych tuj. Pielgrzymka zbiegła się z ostatnimi dzwonkami apelu jasnogórskiego.
- Szlag - przytłuminy głos sugerował, że tajemnicza postać z dużym prawdopodobieństwem jest mężczyzną. Trudno było to rozpoznać na pierwszy rzut oka bo narzucona obszerna czarna peleryna w ciemnościach mogłaby uchodzić za sukienkę. Albo sutannę. Wydobywające się z ciemności niecenzuralne słowa i syknięcia sugerowały, że człowiek w czarnej pelerynie przemieszcza się właśnie między krzakami róż. Zagadką pozostawało natomiast dlaczego robi to w pozycji horyzontalnej. Chociaż w zasadzie przygodnego przechodnia mogłoby to szczególnie nie zdziwić. Nie w takich miejscach lokalni filozofowie mościli sobie legowiska.
Dobrnąwszy do strzelistych krzaków mężczyzna z westchnieniem ulgi powstał z kolan i naparł całym ciałem na zieleń, próbując przedrzeć się do środka kępy. Nad krzakami coś zaskrzeczało, załomotało i z tuj wydostało się stado czarnych ptaków.
- Nawet w nocy spokoju, ku**a - wymamrotał przebudzony nagle pan Henio. - Ale wiatr - kątem oka uchwycił kiwające się gałęzie tuj. - Trza się będzie zaraz zbierać, bo jak jeszcze lunie. - Mogłaby ta nowa burmistrzyni jakąś altankę jeszcze na ryneczku postawić. Zawsze to pod dachem przyjemniej - rozmarzył się i już miał powrócić na łono Morfeusza...
- Ku**aaa - wylało się jak pomyje z okien kamieniczek. Najwyraźniej polska drużyna po raz kolejny nie spełniała, wygórowanych oczekiwań kibiców.
Postać zamarła a potem przykucnęła i osłoniła się gałęziami.
Na ten moment czekała pani Kazia. Jej życie biegło na ogół w nieskomplikowany sposób.
Rano parzyła herbatkę w szklance z metalowym koszyczkiem i ustawiała na parapecie. Szczeliny w powypaczanych okiennych ramach gwarantowały szybką regulację temperatury napoju.
Potem, tuż obok szklaneczki, kładła puchową poduszkę. W końcu łokcie już nie najmłodsze - myślała.- A człowiekowi należy się w życiu trochę wygody.
Tak schodziło jej do południa. Wtedy przegryzała jakąś kanapkę i pod pretekstem uzupełnienia spożywczych zapasów wyruszała do pobliskiego spożywczaka.
Nasycona lokalnymi awanturami sprawnie podgrzewała zupkę z wkładem mięsnym by zapaść się zaraz potem w poduchy kanapy i poobiednią drzemkę. Pod wieczór znów zaciągała okienne straże i tak schodziło jej do późnego wieczora. Złocieniecki ryneczek mógł trwać bezpiecznie.
Dziś Pani Kazia wypatrzyła jednak niecodzienny ruch. Obserwowała i zakapturzoną, pielgrzymującą do krzaków postać, i odpoczywającego na magistrackich schodach pana Henia.
Wszystko na mojej głowie - pomyślała - straż miejska biega z tymi wiadrami po mieście, a na rynku pijaństwo i nie wiadomo co jeszcze się panoszy.
Oburzona rozejrzała się po mieszkaniu i złapała stary, wysłużony parasol z bardzo ostrym czubkiem. To, że szpikulec jest skuteczny sprawdziła już kiedyś podczas awantury miejskiej z lokalnym politykiem.
Teraz posapując nerwowo zbiegała po stromych, wysłużonych schodach. Gdzie najpierw - myślała gorączkowo. - Z opijusem pójdzie chyba szybciej - zdecydowała.
- A ten w krzakach i tak się chowa, pewnie strachliwy jakiś - tu załomotała z werwą materiałem parasola.
Tymczasem pan Henio odwrócił się na lewy bok zsuwając się przy okazji z gracją na ryneczkową kostkę.
- Szlag - mogliby wygładzić te chodniczki - z tego, no, tataru zrobić - rozmarzył się sennie.
- Co tam mamroczesz ochlapusie jeden?! - pani Kazia stanęła w bezpiecznej odległości i nie wiedzieć czemu z trzaskiem rozłożyła parasol. - Napije się jeden z drugim i sika byle gdzie. To po bramach, do rzeki, że potem te bakterie. - Tu twarz pani Kazi poczerwieniała z wściekłości. Przypomniała sobie wiadra z wodą z beczkowozu, wnoszone z udręka na trzecie piętro kamienicy. - Ty dziadu! - zamachnęła się na mężczyznę upatrując w nim winowajcę swoich mąk i sprawcę zanieczyszczenia wód miejskich.
Pan Heniu siedział teraz na chodniku, lekko wsparty o schodek prowadzący do urzędu i usiłował dostrzec, kto przed nim stoi. A że okularów nie używał ostatnio z uwagi na obtłuczone w życiowych potyczkach szkła, a wzrok jego dodatkowo biegał jeszcze po dwóch czy trzech zachodzących na siebie galaktykach ujrzał przeto przed sobą postać w całej swej wspaniałości.
Oto stała przed nim bogini niezwykłej urody. Głowy miała dwie chyba i co jedna to piękniejsza, oczy wielkie, płonące, usta... ach czerwone, wielkie, pierś rozbujaną, a cała spowita była w jaśniejące szaty. Ale chyba nie święta panienka to - pojawiło się gdzieś w czeluściach heniutkowej głowy - bo ta aureola...czarna jakaś.
Była taka bogini - trybiki w głowie szamotały się we wszystkie strony - czarna taka. Może to z tej czytanki o lwach - pomyślał.
- Kali! - pan Henio usiłował przenieść ciężar ciała na kolana, gdyż ta pozycja wydała mu się w obecnej sytuacji najbardziej adekwatna. Niestety, ścierpnięta prawa noga odmówiła mu posłuszeństwa i runął u stóp pani Kazi, chwytając ją za buty.
- Królowo moja! Stóp twoich niegodnym całować - ostatkiem sił usiłował przypomnieć sobie modlitwy czy litanie zasłyszane, gdy drzemał pod pobliskim kościołem.- Królowo z kości słoniowej - zanucił pobożnie.
- Aaa, ratunku - zaintonowała podekscytowanym głosem Pani Kazia. - Zboczeniec!
Na ten zakrzyk pootwierały się okna żądnych sensacji i ekscesów obywateli, a ciemna postać w krzakach, z niemym zdumieniem obserwująca scenę na schodach złocienieckiego ratusza, wtuliła się jeszcze mocniej w ciemność miejskiej zieleni.
UB

